5. Szlafhausy i baraki.
Do dzisiaj za bardzo nie wiem jak się to stało, że następne moje wspomnienia są związane już z Michałkowicami. Podobno w międzyczasie mieszkaliśmy w Milowicach – dzielnicy Sosnowca czy jakoś tak. Kiedyś mama mi powiadała, że robiła pranie a ja mający około1,5 roku strasznie się przy tym praniu nudziłem. Podobno powiedziałem mamie: „Taty pa, pa?”, bo tyle umiałem mówić. Mama w ferworze prania odpowiedziała mi; a idź Ty taty pa, pa i dalej prała. Chyba mieszkaliśmy na parterze to ja – ledwo chodzący – wyszedłem z domu i poszedłem do taty, czyli przed siebie. Po pewnym czasie, mama zorientowała się, że mnie obok niej mnie nie ma i w te pędy ruszyła mnie szukać. Na ulicę, do sklepu i do listonosza, od którego dowiedziała się, że jestem u pewnej pani , której powiedziałem, że jestem głodny i idę „taty pa, pa”. Mama w te pędy do tej pani, potem podobno mnie uściskała a następnie klapsa dała i kategorycznie zażądała, bym do „taty pa, pa” sam nie chodził.
W Michałkowicach, dzisiaj dzielnica Siemianowic Śląskich, tam gdzie teraz jest „Fabud”, był obóz pracy czy jakoś tak. Nigdy specjalnie się tym potem nie interesowałem w jakim celu on tam był, ale wiem, że obok były też „Szlafhausy”, czyli takie prymitywne baraki, w których mieszkali ludzie i niewiele się różniły od tych obozowych. Do obozu pracy, trzy razy w ciągu dnia podjeżdżały samochody z plandekami, na które wsiadali zatrzymani i jechali do pracy w kopalni. Ci ze szlafhausów do pracy szli pieszo. Dziwne, ci zatrzymani są wożeni a ci wolni muszą do pracy chodzić pieszo. Ja mieszkałem w murowanych barakach obok ośrodka. Mój ojciec pracował w tym obozie, dlatego też często mogłem tam przebywać. Mężczyźni tam przebywający byli dla mnie bardzo mili i często dostawałem od nich zabawki robione ręcznie. Widziałem jak malowali piękne obrazy na papierze i na płótnie. Bardzo lubiłem tam chodzić, chociaż nie zawsze wartownicy mnie wpuszczali.
I teraz o moich szaleństwach, gdy mieszkałem w Michałkowicach w barakach. Było tam sporo dzieci a chłopcy, jak to chłopcy ciągle między sobą rywalizowali. Wymyśliliśmy sobie w pewnym momencie zabawę, kto pierwszy przeskoczy płot z siatki drucianej. Sztuką było wdrapać się na 2 metrowy płot z siatki, bo czego się tu złapać, by się wdrapać do góry. Stanąłem w szranki ze starszym ode mnie. Jakoś szybciej mu to wchodzenie na płot szło. Gdy on już schodził na drugą stronę, ja byłem dopiero u góry. By go wyprzedzić, muszę zeskoczyć. Co pomyślałem to wykonałem. Siatka się ugięła a ja straciłem kontrolę nad ciałem. Jakież bolesne było to spotkanie z ziemią. Ciemność przed oczami i utrata kontaktu z rzeczywistością. Nagle jestem na czyiś rękach. Osoba ta biegnie ze mną na rękach. Dlaczego boli mnie bardzo ręka i dlaczego tak śmiesznie zwisa? Sąsiadka biegnie ze mną do Ośrodka, wpadamy do ambulatorium. Ręka dalej zwisa i strasznie boli. Przybiega pan felczer, za chwilę wbiega mój ojciec. Felczer mówi, że ręka złamana w nadgarstku i to chyba podwójnie. Felczer patrzy na mnie i pyta się;
czy jestem mężczyzną i czy wytrzymam składanie ręki. Nie wiem co to znaczy, ale mówię, że wytrzymam. Za łokieć trzyma mnie pomocnik felczera, za dłoń trzyma ojciec i ciągną, a felczer ugniata mi rękę w miejscu złamania. Jak to strasznie boli, jak mocno zaciskam zęby. Nagle pan felczer mówi, że się udało. Pod rękę podkłada szynę, zawija bandażem a ręka dalej mocno boli, ale już można wytrzymać. Teraz - mówi pan felczer – szybko do szpitala, może nie trzeba będzie operować. Tata miał motocykl, wsiadamy na niego. Ja na bak, ręka na temblaku i jedziemy do szpitala w Siemianowicach. Prześwietlenie i lekarz który, znów zwiniętym bandażem jeździ mi po miejscu, gdzie są złożone złamane kości. Strasznie boli, zaciskam zęby i płaczę. Lekarz kończy wyrównywanie złożonych kości i ponownie kieruje na prześwietlenie. Sprawdza kliszę i mówi. Drogi maluchu. Winieneś podziękować bardzo serdecznie temu, kto ci tą rękę poskładał, bo zrobił to bardzo fachowo i uratował cię przed operacją i pobytem w szpitalu. A ponadto ty też byłeś bardzo dzielny i zapewne już więcej takich psot robić nie będziesz. Potem tata zaprowadził mnie do gipsowni, gdzie założyli mi gips i do domu. Po trzech tygodniach byłem na podwórku nie do pokonania, bo mój gips był świetną maczugą, której wszyscy unikali. Mama cały czas zwracała mi uwagę, bym z tą ręką nie wyprawiał swawoli, bo znów ją złamię, ale moja natura nie pozwalała mi na słuchanie przestróg mamy. Na szczęście nic nie nabroiłem. Po 6 tygodniach gips mi zdjęto a pan doktor był pełen uznania dla moich zrośniętych kości.
Ponieważ szybko wychodziłem z traumy a może dzieci tak mają, to z okresu pobytu w barakach muszę napisać o jeszcze jednym zdarzeniu. Nie wiem, czy to miało miejsce przed czy po złamaniu ręki ale nie ma to istotnego znaczenia.
Ciekawość dziecięca nie zna granic, a jak się ma kilka lat, to tyle rzeczy do odkrycia, że aż strach. Toteż do rąk moich trafiła paczka zapałek. Mama wołała – nie baw się zapałkami. Tym bardziej wzbudzało to moją ciekawość, bo dlaczego? Szybko otwieram pudełko z zapałkami z Czechowic chyba, biorę jedną i ocieram o siarkę. Pali się, to ze strachu wkładam ją do pudełka z zapałkami, by mama nie zauważyła, że bawię się zapałkami. Nagle buch i moja ręka w ogniu. Rzucam zapałki ale ręka parzy. Mama mokrą szmatą nakrywa płonące zapałki a ja czuję, że moja ręka coś mnie coraz bardziej parzy. Patrzę, a na ręce rośnie bąbel, taki duży jak cała dłoń. To ja w krzyk, mama mnie za rękę i woła pokaż, to pokazuję a mama mówi – mówiłam, nie baw się zapałkami. Od tego czasu dość długo zapałkami się nie bawiłem. Po kilku dniach bąbel zniknął, skórkę obcięli, bo tak wtedy uważano że będzie zdrowiej i znów było fajnie.
Był przy barakach bunkier, gdzie miano się chować przed bombardowaniami w czasie wojny. Za moich czasów wojny nie było to i bunkier był trochę opuszczony. Starsi chłopcy, z latarką lub bez latarki, do bunkra wchodzili. Ja nigdy tam nie wszedłem, bo zawsze mnie straszyli, że tam są Niemcy i zrobią mi krzywdę. Do dzisiaj, gdy obok tego bunkra przechodzę ten strach się we mnie budzi. Dziś wejście do bunkra jest zasypane i tylko niektórzy pamiętają, co pod pagórkiem jest.
Pomimo tych strachów, nic nie przeszkadzało nam w kładzeniu kamieni na tory wąskotorówki do czasu, gdy lokomotywa się wykoleiła i potem szukali tych łobuzów, co to kamienie na szyny kładli. A te kamienie tak ładnie pod naciskiem lokomotywy pękały, to jak je tam nie wolno było kłaść jak życie takie ciekawe a wrażeń mało.
https://www.facebook.com/reel/2862800510591803